Spisek Jednego: Tu się dzieją fajne rzeczy

Spisek Jednego | wywiad | "To nie jest hip-hop. Rozmowy III"
fot. Ania Bystrowska

(…) Dodaliście trochę swagu do jazzu (śmiech). Imponujące było, że po rewelacyjnie przyjętym debiucie nie powieliliście sprawdzonego konceptu i nie nagraliście tribute’u dla kolejnego legendarnego jazzmana, tylko zdecydowaliście się na „Slavic Spirits”, czyli album owiany aurą słowiańskości i ludowości.

Koncepcja tej płyty w stu procentach została wykreowana w trakcie rozmów w koncertowym busie. Po wydaniu „Repetitions…” w ciągu roku zagraliśmy około pięćdziesięciu koncertów, więc właściwie co weekend byliśmy w trasie. Jeżdżąc po Polsce lub wracając z zagranicznych koncertów, dyskutowaliśmy o polityce, zmianach klimatycznych, religii; wszystkim, co nas na co dzień dotyka. W tle z głośników leciała muzyka Czesława Niemena. Kiedy na pokładzie są tak barwne osobowości jak Paweł Stachowiak, Marcin Rak czy nasz akustyk Jastrząb, to jest raczej pewne, że się nie zaśnie z nudów (śmiech). Najważniejszym założeniem tej płyty było, aby znalazł się na niej nasz autorski materiał – po to właśnie, żebyśmy nie zostali zaszufladkowani jako zespół od tribute’ów. Włożyliśmy w „Slavic Spirits” bardzo dużo pracy, również koncepcyjnej. Przed wejściem do studia odbyliśmy nawet specjalną wycieczkę na górę Ślężę, która ma symboliczne znaczenie w kulturze słowiańskiej. Żeby nasz koncept był jasny, wszystko zostało opisane w obszernej książkowej publikacji dołączonej do płyty. Sebol, który jest jej autorem, walczył z nami do końca, żeby nie zmienione zostało ani jedno słowo. Baliśmy się trochę, że wyjdzie kontrowersyjnie, ale z punktu widzenia wydawcy – pewnie o to chodzi. 

Wspomniałeś o tym, że wizerunek EABS jest dość niecodzienny jak na zespół jazzowy. Ty sam jako Spisek Jednego również masz bardzo charakterystyczny wizerunek, co przecież też nie jest regułą wśród producentów i DJ-ów. Już sam fakt, że zawsze chodzisz w bucketcie, dużo o tobie mówi. To wyszło naturalnie czy świadomie tym pokierowałeś?

Zawsze lubiłem modę, ale nie zawsze czułem się na tyle swobodnie, żeby nosić to, na co miałem ochotę. Na przełomie podstawówki i liceum biegałem w szerokich spodniach i bluzach Clinica. Dopiero mojej mamie – obietnicą kupienia butów Jordana – udało się zmusić mnie do założenia węższych spodni. Ciekawy pod tym względem był czas spędzony w trzech korporacjach. Mój ubiór w pracy był bardziej casual niż business i odważę się stwierdzić, że mój styl był powodem rozluźnienia polityki dress code w dwóch firmach, w których pracowałem. Po tym, jak się zwolniłem, poczułem ogromną ulgę i przez parę lat nie nałożyłem na siebie ani jednej koszuli. Może zabrzmi to banalnie, ale ubraniem po prostu wyrażam siebie. Kiedyś na planie pewnego teledysku, w którym gościnnie występowałem, stylistką była Ewelina Gralak. Miała przygotowane całe zestawy ciuchów na wieszakach. Kiedy nadeszła moja kolej, podszedłem do niej, żeby się przebrać, a Ewelina spojrzała na mnie i powiedziała: „Ale tu wszystko się zgadza, nie musisz się przebierać. Super wyglądasz” (śmiech).

Równie ciekawa jak twój wizerunek jest twoja multizadaniowość: tu EABS, tam Night Marks, jeszcze gdzieś producent solo mający na swoim koncie bity dla Otsochodzi, Mesa czy JWP…

Myślałem o tym jakiś czas temu i doszedłem do wniosku, że ja chyba zawsze chciałem po prostu uczestniczyć w muzyce; obojętnie, w jakiej roli. W muzyce lubię to, że nikt mi nie mówi, jak ma wyglądać moja funkcja, tylko sam sobie narzucam i kreuję, co będę robił. Kiedyś postrzegałem siebie przede wszystkim jako producenta, ale w końcu zrozumiałem, że tak naprawdę mogę zajmować się wszystkim. Czy jako producent mogę skreczować z jazzowym zespołem? Mogę. Czy to się kłóci ze sobą? Spójne to oczywiście nie jest, ale wcale nie musi być. Muzycznie robię to, co najzwyczajniej w świecie sprawia mi przyjemność. Dzięki temu chociażby miałem okazję zagrać kilka razy koncerty jako DJ z Albo Inaczej pod nieobecność Black Belt Grega. Nie chcę kurczowo trzymać się jednej roli. Jedynie hypemanem raperów być nie mogę – przez pewien czas hype’owałem Spinache’a na koncertach, ale nie wspominam tego dobrze (śmiech). Ani głosu nie mam, ani pamięci do tekstów, a do tego krzyczenie: „Zróbcie hałas!” na hiphopowym gigu mnie nie bawi. [Czytaj dalej]